Strefa Użytkownika

OSZCZYWILKI / WOLFSHEIDE - Ulrich Czichy

Jeżeli można wierzyć historykom, miejscowość ta została założona jako wieś czynszowa w 1566 roku. Niestety obecnie nie można definitywnie stwierdzić, jak dokładnie brzmiała wówczas jej nazwa. Język i sposób pisania podlegały w ciągu minionych stuleci różnorodnym zmianom. Z tego powodu wiele nazw miejscowości się nie zachowało do naszych czasów. Z pewnością stwierdzić można, że przedostatnie określenie tego miejsca i sposób jego zapisu to Osczywilken, czego dowodzi fotografia powstała w roku 1922/23, ukazująca Klub Sportowy „Alemania Osczywilken” oraz zachowany do dzisiaj nagłówek listu tartaku parowego z tej miejscowości, datowany na 31 marca 1931 roku. Nie zmienia tego faktu, że wówczas nazwa miejscowości bardzo często pisana była bez „c” jako „Oszywilken”. 28 maja 1928 roku wieś otrzymała konsekwentnie przetłumaczoną nazwę Wolfsheide.

W kwestii pierwszych osadników panuje niejasność. Prawdopodobne jest przypuszczenie, że głównie byli to Mazowszanie. Przemawiają za tym mazowiecko brzmiące nazwiska, które zachowały się aż do „rozwiązania” wsi w 1934 roku. Zachowała się także mazowiecka gwara.  Tą jednak posługiwali się prawie tylko starzy ludzie jako mową potoczną. Mazowieccy przybysze byli zresztą już zapraszani przez Zakon Krzyżacki jako osadnicy w wówczas słabo zaludnionym terenie. Później całkowicie weszli w niemieckość. Przekonującym dowodem tego procesu może być referendum przeprowadzone pod kontrolą międzynarodową 11 lipca 1920 roku, kiedy Polska wysunęła pretensję co do ludu mazurskiego. Wtedy w większości miejscowości – również w Osczywilkach – nie padł nawet pojedynczy głos za oddzieleniem tego terenu.

Obraz tego miejsca, jaki się nam jawi, ukazywał – z wyjątkiem 16 odrębnych (odrębnie położonych) posiadłości – wieś zamkniętą w sobie, głównie z niewielkimi gospodarstwami. Poza nimi w 1934 znajdowały się w niej: 1 dwuklasowa Szkoła Ludowa (nauczyciele August Bahlo i Rudolf Stampe), 1 Leśnictwo Okręgowe (leśniczy okręgowy Konrad Grünhoff), 1 gospoda (Erich Röski), 1 stolarnia (Marczinski), 1 zakład krawiecki (Leopold Maziul), 1 kowal (Willy Trojan), 2 sklepy spożywcze (Gustav Salamon, Heinrich Trojan), 1 remiza (ochotnicza straż pożarna), 1 zamknięty tartak parowy i 1 należący do gminy (społeczności) cmentarz.

Nie mamy żadnych konkretnych danych, co do liczby mieszkańców w 1934 roku; według wywiadów z ludźmi pochodzącymi z Wolfsheide może chodzić o ca. 400 osób. W 1925 roku wymieniano za to 635 mieszkańców. W tej liczbie jednak zawarto zarówno liczbę mieszkańców Wolfsheide jak i położonej ok. 3 km w linii prostej mieszkańców Schagakrug.

Trzeba wspomnieć jeszcze o szkolnictwie, ponieważ w miejscowej Szkole Ludowej uczyły się również objęte obowiązkiem szkolnym dzieci z sąsiedniej miejscowości Gortzen (wcześniej Gorzekallen), jak również przejściowo – w czasie I Wojny Światowej – uczniowie ze Schlagakrug.

Jako ostatni burmistrze służył gminie Wolfsheide Emil Schiwek. Jego poprzednik nazywał się Adolf Salamon, który jednak jeszcze nosił tytuł przewodniczącego gminy. Zmiana nastąpiła za sprawą NSDAP.

Gmina należała do okręgu urzędowego („obwodu urzędowego” – jakaś niemiecka oficjalna nazwa obszaru - Amtsbezirk – przyp. AK) i rewiru pocztowego Stollendorf (uprzednio Wiersbinnen) i do parafii Arys. Pozostałe odpowiednie miejsca urzędowe takie jak: Sąd, Urząd Stanu Cywilnego i policja znajdowały się w Arys; również najbliższy dworzec tam się znajdował. Najbliższym szpitalem był za to Szpital Powiatowy w Johannisburgu. W Arys rezydował zwykle jeden lekarz i dwie akuszerki.

Przeważająca liczba mieszkańców utrzymywała się z rolnictwa. Resztę stanowili robotnicy leśni (tu w sensie drwale - AK), robotnice sadzące las (pewnie kobiety zajmowały się nasadzeniami – przyp. AK), robotnicy najmujący się w tartaku i nieliczni rzemieślnicy.

Ludzie w Wolfsheide byli pilni, skromni, oszczędni i gorliwi. Cieszyli się na ogół mocnym, dobrym zdrowiem i z reguły dożywali starości. Jeżeli występowała jakaś choroba, to starano się nie iść od razu do lekarza, ponieważ wizyty były płatne. Starano się najpierw zastososać od dawna wypróbowane środki domowe. Jeżeli one nie pomagały, to obecni byli uzdrawiacze, jak np. w okresie po I Wojnie Światowej stara pani Sarnoch, wyznająca się w „sztuce kładzenia rąk i zamawiania”. Z akuszerkami było inaczej – one zawsze miały dużo pracy. Jeśli przyszły mieszkaniec ziemi bardzo się śpieszył i akuszerki nie było jeszcze na miejscu, to pomagała wówczas doświadczona mężatka. W latach 20. i na początku 30. była to głównie pani Maziul, żona lokalnego mistrza krawieckiego.

Pomimo piaszczystej gleby tylko z małymi obszarami czarnoziemu użytkowanymi rolniczo na terenach leśnych, w gminie panował umiarkowany dobrobyt. Zawdzięczała go głównie dobrym możliwościom pracy dodatkowej. Do tego przyczynił się również przywilej wypasu bydła na założonym w 1891 roku poligonie Arys, który graniczył z terenami miejscowości. Pozwalał on na relatywnie szeroko zakrojoną hodowlę bydła.

Do możliwości prac dodatkowych zaliczała głównie się zrywka drewna za pomocą koni w okolicznych lasach, przez które pnie drzew ciągnięte były do korzystnego punktu wyładowawczego, przywóz drewna do tartaku i wywóz pociętych wyrobów drzewnych od lokalnego tartaku na dworzec towarowy Arys.

Z przywileju wypasu bydła korzystano wspólnie. W miesiącach letnich rankiem wyprowadzano bydło z gospodarstw, pędzono ulicą w jedno miejsce, tworzono w ten sposób stado, które pędzone było przez pasterza zamawianego przez gminę na obszar wolny od strzelaniny i wypasano aż do wieczora. Za wodopoje służyły dwie znajdujące się na tym terenie sadzawki.

„Młyn tnący”, jak nazwano w lokalnej gwarze miejscowy tartak parowy, stał początkowo w Passenheim i został w 1903 roku przeniesiony do Osczywilków. Potrzebną na to działkę udostępniła rodzina Frey zawierając umowę dzierżawy, która opiewała na 99 lat. Żydowski właściciel tartaku, S. D. Jaffé, mieszkał wciąż w Berlinie pod adresem Berlin-W. 15, Pariser Str. 45  i zlecił kierowanie tartakiem zarządcy. W tartaku przeciętnie 70-80 osób miało stałą pracę. Koniec „młyna tnącego” nastąpił w 1933 roku wraz ze zgonem właściciela. Ku ubolewaniu mieszkańców Wolfsheide zatrzymał się on na zawsze.

W granicach gminy znajdowało się na południowym wschodzie od wsi zamulone jezioro Boczan, na mapie powiatu zaznaczone jako Espensee, a na mapie topograficznej Seebrücken określone jako Storchen-Bruch (Bociani przełom? Sadzawka). Na środku znajdowała się widoczna wodna sadzawka. (bog pool). Brzegi owego byłego jeziora posiadały duże zasoby torfu, który był wykorzystywany zwłaszcza przez najbliższych mieszkańców. Na przełomie wieków, podczas takiego wydobywania torfu, odnaleziono dobrze zachowane czółno, prawdopodobnie pochodzące z czasów pierwszych mieszkańców.

Na graniczącym od zachodu poligonie Arys znajdował się obszar podobny do łąk z nieco pagórkowatą trawiastą powierzchnią, która miejscowo ozdabiana była krzakami jałowca, grupkami drzew i małymi obszarami leśnymi. Występowało tam również różnorodne ziele polne. Obszar ten oferował oczom przyjaciela natury wspaniały widok.

Na północnowschodnim krańcu wsi, tuż przed pierwszymi drzewami otaczającego lasu, znajdowały się dwa rosyjskie żołnierskie groby z czasów I Wojny Światowej. Na jednym z większych drewnianych krzyży znajdował się napis: 2 nieznanych rosyjskich dragonów – poległych w 1914 roku. Żołnierze ci należeli do patrolu konnego, który dotarł do opuszczonej przez większość mieszkańców wsi i tam wpadł pod ostrzał wysuniętego posterunku niemieckiego oddziału Landwery (obrony terytorialnej – przyp. AK). Groby poległych były pielęgnowane przez mieszkańców w godny pełen szacunku sposób. W Dzień Pamięci Bohaterów zawsze odbywała się tam mała uroczystość, podczas której członkowie Stowarzyszenia Kyffhäuser (weterani) oddawali strzał honorowy.

Życie kulturalne w gminie warte jest wzmianki. Funkcjonował Związek Ojczyźniany (niem. Heimatverein), chór, Stowarzyszenie Kyffhäuser (czyli ów związek weteranów – przyp. AK), ochotnicza straż pożarna i w końcu klub sportowy „Alemania”. Owe różnorodne stowarzyszenia skupiały również członków z sąsiednich Gortzen. Przez wspólny czas w szkole powstawały między ludźmi z obu wsi relacje, które rozciągały się również na życie kulturalne. Na początku III Rzeczy większość z tych stowarzyszeń zakończyła swoją działalność.

Na początku roku 1934 zarysował się początek końca gminy Wolfsheide. Poligon Arys został powiększony i okręg tego miejsca został weń włączony. Późnego lata tego roku pierwsze rodziny opuściły już swoje ojcowizny otrzymując mniej lub bardziej niewystarczające odszkodowanie i częściowo znalazły w okolicznych gminach swój nowy dach nad głową. Na kolejnych przyszedł czas jesienią; niektórzy przenieśli się  w całkiem odległe powiaty. Tylko kilka rodzin uporczywie się wzbraniało przed przyjęciem zaproponowanych sum i wywalczyli dla siebie wysokie odszkodowania. Wiosną 1935 roku i oni opuścili ostatecznie wieś. Wkrótce potem pozostałe budynki zostały poddane wyburzeniu. Resztę załatwiła artyleria. Charakterystyczne było, że tereny użytkowane rolniczo pozostały takimi i zostały one korzystnie wydzierżawione osobom zainteresowanym z sąsiednich gmin. Ten ostatni fakt podważał sens wyburzenia. Jednak nie dało się już odwrócić tego, co się stało. Ludzie w końcu pogodzili się ze swoim losem. W ten sposób wraz z upływem czasu Wolfsheide stało się wsią prawie całkiem zapomnianą.

Po zakończeniu wojny poligon Arys został ponownie powiększony, a jednocześnie stał się on wojskową strefą zamkniętą. Od tego czasu wstęp na te tereny jest dla Niemców obarczony dużym ryzykiem. Ludzie pochodzących stąd, którzy przybywali jako turyści, odstraszały już tablice informujące o zakazie.

Przypadek sprawił, że udało mi się podczas moich podróży do Ojczyzny w latach 1986 i 1988, dzięki pomocy wspaniałych i okazujących mi zrozumienie Polaków, zobaczyć tak znany mi wcześniej teren Wolfsheide.

Nie można było przeoczyć zmian, które dokonały się w czasie minionych pięciu dziesięcioleci. Tak więc nasza była wiejska droga stała się bardzo wąska. Krzewy, które i wcześniej porastały domowe ogrody, próbowały teraz zagarnąć dla siebie drogę.

Wcześniejszy wolny teren poligonu, dokładnie za zachodnim wyjściem z miejscowości już nie istniał. Na tym miejscu znajdował się teraz młody sośniak.

Pomimo zmian można było wciąż znaleźć wiele śladów naszej niemieckiej przeszłości. Np. pozostała piaszczysta droga polna, która prowadziła między leśnictwem a naszą posiadłością do jeziora Boczan. Wodna sadzawka wciąż istniała, mogła być zobaczona z miejsca położonego wyżej. Całkowicie brakowało tylko starych rowów torfowych przy brzegach. Niewykluczone, że zostały one jeszcze zasypane w czasach niemieckich.

Na naszej starej posesji znalazłem jeszcze starą piwnicę. Była ona całkowicie zarośnięta dzikim bzem. Na środku stropu był mały wyłom, ale poza tym upływ czasu przetrwała w dobrym w miarę stanie. Niedaleko od niej rosła stara brzoza. Za naszych czasów również tam znajdowała się brzoza – posadzona przez mojego dziadka.

Równie łatwo mogłem rozpoznać stary ogród szkolny. Nie dało się przeoczyć jego krzaków leszczynowych, niegdyś jedynych we wsi, które osiągały wysokość od 1.30 do 1,50 metra.

Pod zaroślami na posesji widziałem jeszcze fundamenty i częściowo zasypany rów. Ten ostatni był pozostałością piwnicy budynku.

Charakterystyczne było również, że wcześniejsze pola wciąż były uprawiane. Prawdopodobnie przez przedsiębiorstwo państwowe.

Gminny cmentarz został zagarnięty przez las. Pomimo to znalazłem tam jeszcze kopczyki grobów i również groby z oprawą. Odkryłem reszty drewnianych ogrodzeń, drewniane krzyże i kamienie nagrobne. Tylko brakowało tablic z nazwiskami zmarłych. Widać było, że zostały one powycinane z kamieni nagrobnych. Jeden grób był otworzony. Było to miejsce spoczynku Gustava Trojana, jak odczytałem z najwidoczniej umyślnie zniszczonej marmurowej tablicy nagrobnej. Prawdopodobnie z powodu bogactwa tej tablicy, szukano w bezbożny sposób złotych zębów lub pierścieni. Resztki kości zmarłego leżały niedbale rozrzucone wokół grobu. Umieściłem je na powrót w grobie i zasypałem prowizorycznie piaskiem.

Na wcześniejszym terenie poligonu, niedaleko od byłej posiadłości Marczinskich, stał wysoki na 15 metrów, ośmiokątny, zwężający się u góry, wykonany ze stali, nitowany maszt. Na nim znajdował się jeszcze wykonany ze stopu z lżejszych metali, kulisty, wielkości około 1 m. kosz, pomalowany w połowie na biało a w połowie na czerwono. Kosz ten był w czasach niemieckich zawsze wciągany na górę, aby ostrzec ludzi wtedy, kiedy w pobliżu prowadzono strzelanie z ostrej amunicji.

Podczas dalszego poszukiwania śladów ujrzałem nagle, na dawnej działce karczmarza Röskiego, dąb przy którym latem 1934 odbyła się pożegnalna uroczystość. Uroczystą mowę wygłosił wtedy nauczyciel August Bahlo, który od wielu lat był liderem gminy w kwestiach kultury.

Na końcu znalazłem jeszcze dwa groby rosyjskich żołnierzy z czasów I Wojny Światowej. Ich drewniane ogrodzenie, pochodzące jeszcze z lat dwudziestych było kruche, ale jeszcze istniało. Brakowało jednak krzyża. Według słów mojego polskiego towarzysza został on zniszczony przed kilkoma laty umyślnie przez polskich chuliganów.

Rzeczą nową jest natomiast stałe występowanie w okolicznych lasach  łosi i wilków. Niejednokrotnie napotkać można teraz również zwierzynę płową i czarną.

Pozostała rzecz która rzuca mi się wciąż w oczy, to fakt, że natura w tym miejscu zmienia się nadzwyczaj powoli, pod warunkiem, że człowiek zostawi ją w spokoju. Co za szczęśliwy przypadek!

***

Od przeprowadzonej w 1934 roku likwidacji mojej rodzinnej wsi Wolfsheide minęło wiele, wiele lat. Żyje już niewiele osób tam urodzonych. Również wspomnienia na tym miłym skrawku ziemi coraz bardziej bledną. Dla mnie jednako Wolfsheide – jako miejsce mojego urodzenia i część mojej przepięknej mazurskiej ojczyzny pozostanie na zawsze niezapomniana – niezapomniana aż do czasu, kiedy mnie już nie będzie.

Ulrich Czichy

Uwaga do nazwy miejscowości:

Legenda, którą opowiadał nauczyciel August Bahlo w 1934 roku na lekcji „wiedzy o ojczystym kraju”, powiada: Kiedy pierwsi osadnicy, Mazowszanin i jego syn, zajęci byli budową domu, zobaczył nagle syn wilki i zawołał: „Ojcze – wilki!”. Od tego zawołania miała przypuszczalnie powstać nazwa miejsca Osczywilken. Z pewnością pierwotny zapis był jednak inny.