Strefa Użytkownika

GORZEKALSKIE DZWONY

W trakcie rozmów z byłymi mieszkańcami Gorzekał poznaliśmy ciekawą historię związaną z powojennymi losami wsi i kościoła. Były sołtys wsi Gorzekały, Mieczysław Nicowski, pytany przez nas o organy z kościoła, powiedział, że organów nie pamięta. Ale pamięta dzwon. Dzwon, który po likwidacji wsi, która nastąpiła ok. połowy lat 70, został z kościoła zabrany. Człowiek, który go zabrał, mieszkał wtedy w Wierzbinach. Kiedy jeden z byłych mieszkańców Gorzekał, Franciszek Rydelek, dowiedział się, że dzwon zabrano, postanowił go odzyskać. Jak postanowił, tak zrobił. "I on ten dzwon odzyskał, ale co z nim dalej było, nie wiem, podobno powiózł do kościoła do Jeży" - zakończył swoją opowieść były sołtys. 

Następne były rozmowy z Netzwerk Apostolische Geschichte e.V. w Brockhagen, czyli stowarzyszeniem zajmującym się historią kościoła Nowoapostolskiego. Prezes NAG, Mathias Eberle, zapytany o dzwon, mówi:

"Według mnie prawie pewne jest, że ten kościół, do roku 1945, nie miał dzwonu. Używanie dzwonów jest rzeczą wysoce niezwykłą, a nawet zabronioną w kościołach apostolskich, więc zaledwie kilka z nich na świecie posiada dzwony. Dzwon w tym miejscu byłby taką sensacją, że z pewnością zostałby wspomniany w artykule o inauguracji kościoła (Unsere Familie, 1938). Jak zresztą widać z bryły kościoła, nie ma tam nic takiego jak dzwonnica lub inna konstrukcja umożliwiająca instalację dzwonu. Wiadomo jednak, że w kościele katolickim podejście do dzwonów jest zupełnie inne - więc zakładam, że jeżeli kiedykolwiek w tym kościele był dzwon, to znalazł się on tam po wojnie, kiedy kościół był użytkowany jako rzymsko-katolicki."

W tym momencie uznaliśmy, że nie wiadomo, czy historia o dzwonie w ogóle jest prawdziwa, ale pozostał do sprawdzenia jeszcze jeden trop: kościół w Jeżach. Dzięki Maryli Olender z Jeży poznaliśmy jej ciąg dalszy.

"To były nieduże dzwony, sygnaturkowe" - wspomina w rozmowie z nią ksiądz Zbigniew Paliński, który w parafii w Jeżach spędził ponad 20 lat. "Jeden większy, drugi mniejszy." W tym momencie okazało się, że nie był to jeden dzwon, ale dwa.

"Do Jeży przywiózł je Franciszek Rydelek i przekazał swojemu szwagrowi, Feliksowi Szczechowi z Jeży. Feliks powiedział księdzu, że ma dzwony, to je zawiesili w kościele" - opowiada jeden z pierwszych powojennych osadników w Jeżach, kowal, Piotr Fiertek. "Wtedy to jeszcze nie była parafia" - dodaje. Od niego wiemy również, jaki był dalszy los dzwonów.

Dzwony, ponieważ były małe, powieszono na belce, na wieży kościoła, która stanowiła integralną część budynku (nie była osobną wieżą, tylko wieżą "w dachu".) Po latach - trudno powiedzieć ilu - wieża zaczęła się kruszyć, więc dzwony zdjęto. Nie wiadomo, gdzie zostały przeniesione, ale najprawdopodobniej przez kolejne lata znajdowały się u kogoś na podwórku bądź w stodole.

Kiedy około 20 lat temu w jeżowskiej parafii prowadzono zbiórkę środków na dzwon (dziś nosi imię "Zbigniew", poświęcony został w 1997 roku) i parafianie przynosili różne przedmioty, z przeznaczeniem na przetopienie ich, dzwony pojawiły się znów na przykościelnym trawniku.

Jak pisze poniżej Marek Jerzy Polit (bardzo dziękujemy za informacje!), nie nadawały się do przetopienia i dzięki temu ocalały:

"Zebrane przez mieszkańców Jeży bardzo różne przedmioty o nieznanym składzie chemicznym (np. mosiężne łuski od pocisków artyleryjskich, dzwonki do sań, ale także przedmioty żelazne - jak jeden z dzwonów) nie nadawały się do przetopienia na nowy dzwon. Skład chemiczny stopu dzwonnego jest ściśle określony przez ludwisarza. 

Oto fragment reklamy pracowni ludwisarskiej Jana Felczyńskiego: "Nasze dzwony odlewamy z najwyższej jakości stopu miedzi i cyny w proporcjach 78:22, bez stosowania domieszek, według tradycyjnej metody ludwisarskiej traconego wosku, niezmienionej od 1808 roku. Tutaj nie ma kompromisów! Właściwe proporcje, dobre wymieszanie materiałów, temperatura masy w chwili odlewu wpływają nie tylko na dźwięk i ton dzwonów naszej Pracowni, ale też na ich wygląd, kolor i połysk".

Największemu z dzwonów "jeżowskich" brakuje jednego z kabłąków korony i nie nadaje się on do powieszenia. Wygląda na niestarannie wykończony. Ze względu na duży ciężar jest bardzo mało prawdopodobne, żeby wisiał w Gorzekałach.  Możliwe, że przetrwał wojnę dlatego, że został już wcześniej zdjęty z jakiejś dzwonnicy (w Jeżach?) i uniknął rekwizycji. Dzwon mniejszy (z mosiądzu) jest pęknięty i nie ma odpowiedniego dźwięku. Trzeci z dzwonów, żelazny (najbezpieczniejszy materiał podczas wojen), jak widać na zdjęciu, jest z jednej strony wyszczerbiony. Kiedyś może trafią do muzeum."

Dzwony z Jeży (i być może z Gorzekał) / fot. Marek Jerzy Polit


                                                                                         ***

Jeżeli ktokolwiek z Państwa wie lub pamięta, skąd i kiedy pojawiły się dzwony w kościele Gorzekałach, w którym roku po wojnie kościół zaczął funkcjonować i do kiedy odbywały się w nim nabożeństwa, lub posiada jakiekolwiek powojenne zdjęcia kościoła, bardzo prosimy o informacje mailowe lub telefoniczne (szczegóły w zakładce "Kontakt").

MJ